Wraca moc, wracają chęci, wraca zapał i energia. Odchodzi cała reszta, kończy się ten sen zimowy, chociaż zostało jeszcze trochę senności. Nawet przeszło mi cholerne przeziębienie. Sen zimowy, przewlekły kac czy częściowa hibernacja – cokolwiek to było, już nie jest. Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu…
W zasadzie jedyny problem, jaki teraz mi doskwiera, to brak czasu, by zrealizować choć część pomysłów. Ale – jak wiadomo – co się odwlecze, to nie uciecze. Tym bardziej, że konceptów mam setki, a mnie chyba popierdoli jak, któregoś nie zrealizuję. Ale tak w każdym calu, na ostatni guzik. Bo wreszcie się trzeba kurwa wziąć za siebie, koniec tego opierdalania!
Obudził się w małym zadymionym pomieszczeniu na strychu jednej z Krakowskich kamienic. Słońce leniwie wlewało się do pokoju przez brudne szyby dachowych okien. Słyszał ciche zawodzenie starego, zdezelowanego radia. Gang siedział przy stoliku w kącie pokoju. Palili tanie fajki i grali w karty, zapewne w jakąś grę o cholernie skomplikowanych zasadach. Kim byli oni, gang? Kim był on, który obudził się tego poranka z koszmarnym bólem głowy? Już spieszę wyjaśnić.
Otóż leżący w łóżku człowiek to Robert – bliżej nieznany z nazwiska, zarówno mi jak i większości populacji. Co do wykonywanego przez niego zawodu, również – wstyd się przyznać – nie mam pojęcia. Znając jednak jego zainteresowania podejrzewam, że jest swego rodzaju księgowym bądź akwizytorem. Na oko, Robert jest mężczyzną w wieku dwudziestukilku lat. Z twarzy podobny do nikogo, nie wyróżnia się też żadną cechą swej fizys. Prawdopodobnie nie zwróciłbyś na niego uwagi, drogi czytelniku, nawet gdyby był jedyną osobą w ślepym zaułku, w którym przyszłoby Ci się znaleźć. Sam Robert postrzegał to zawsze, jako fakt niezwykle wygodny i ułatwiający życie. A trzeba również powiedzieć, że Robert był człowiekiem leniwym, więc w ułatwianiu sobie żywota osiągnął coś na miarę perfekcji. Jeżeli zaś chodzi o gang, to tu sprawa nieco się komplikuje. Trudno w zasadzie wyjaśnić, skąd się wzięli i kim są. Egzystują jakby w osobnym wymiarze – dostępnym jedynie dla samego Roberta – z rzadka przeplatającym się z rzeczywistością. Robert wielokrotnie podejrzewał u siebie różne choroby psychiczne, związane z istnieniem jego gangu, ale posiadają oni momentami na tyle duży wpływ na rzeczywistość, by z całą stanowczością wykluczyć te teorie. Jedno jest pewne – są dość osobliwym uosobieniem wszystkich jego emocji. Osobliwym o tyle, że każdy z nich nosi czarny garnitur, długi wełniany płaszcz i czarny kapelusz. Słowem – wyglądają niczym gangsterzy w Chicago lat 30 XX wieku. Wracając jednak do tamtego słodkiego poranka…
- Chłopaki, wywietrzylibyście tutaj czasem. Siekierę można zawiesić. – stwierdził Robert nie ruszając się z łóżka.
- Dobrze jest, miszczu – odpowiedział Radość z uśmiechem na ustach.
- Otworzy się okno, to będzie świeżutko w trymiga – dodał Rozsądek a Nadzieja przytaknął na to skinieniem głowy.
Po kolejnym kwadransie drzemki Robert stwierdził wreszcie, że najwyższy czas wstać i zająć się swoim życiem. A przynajmniej tą jego częścią jaką był tamten wiosenny dzień. Podszedł więc do stolika, przy którym siedziało siedmiu gości. Szybko zlustrował ich twarze, wskazał trzech i stwierdził beznamiętnie:
- Smutek, Rozczarowanie i Gniew. Wypad. Dzisiaj was nie chcę na oczy widzieć.
Pierwszy zareagował Smutek:
- Tee szefie, czemu taki jesteś? Zrobiliśmy ci coś złego?
- Gdyby się zastanowić, to w zasadzie tak. Spieprzyliście mi ostatni miesiąc. Jak na razie mam was dość. No już, poszli w trzy diabły.
Nie trzeba im było drugi raz powtarzać. Cała felerna trójka wstała od stołu, zdjęła płaszcze z oparcia krzesła i przewiesiwszy je sobie przez ramię, rozpłynęła się w powietrzu. Robert usiadł na miejscu zwolnionym przez Gniew.
- Dobra, rozdajcie mi też. Mam przeczucie, że dzisiaj dopisze mi szczęście.
- Też mam takie wrażenie – odparł Szczęście.
Ciąg dalszy być może nastąpi…