Słowa płynęły… unosiły się z każdym podmuchem, wirowały. Najbardziej na tle ciemnej nocy jaśniało jedno. Wypalało się od wewnątrz, na zaciśniętych powiekach. Kusiło, nie dawało spać i ciągle dudniło w głowie. Widziałem je cały czas, bez przerwy, jedno słowo… DOSYĆ!
Ze snu wyrwał mnie budzik. Dosyć, mieli rację ci, którzy rozpoczęli tę bitwę. Dosyć siedzenia cicho. Pora zakończyć tę udrękę. Ubrałem mundur. Zimne blaszki – odznaki Gwardii Prezydenckiej – zaczęły mnie zawstydzać. Ale już niedługo. Jeszcze trochę i zrzucę to fałszywe ubranie, powiem głośne NIE babilońskiej bestii. Złapałem pistolet w dłoń i wyszedłem z koszar.
Do pałacu miałem dziesięć minut drogi. Do auta jednak nie wsiadłem. Ostatnimi czasy to zbyt niebezpieczne. W okresie zamieszek i wszędobylskich rakiet samochód jest jak pułapka. Korzystając z doświadczenia lat ulicznych patroli przemknąłem bocznymi uliczkami i po piętnastu minutach stałem już pod bramą pałacu. Wartownik nie patrząc na moją twrz poprosił o dokumenty.
- Och, to pan, panie pułkowniku. Proszę wejść, prezydent pewnie ucieszy się z pańskiej wizyty.
- To oczywiste – odparłem, w duchu śmiejąc się głośno.
Przeszedłem przez ciężkie, żelazne odrzwia. Pałac obszedłem z lewej strony. Boczne drzwi dla służby. Wyważyłem je kopniakiem. Przeładowałem broń, dokręciłem tłumik.
- Dawaj, gnoju! – szepnąłem do siebie i pożegnałem się z życiem.
Pięć minut później, drzwi do gabinetu prezydenta otworzyły się z hukiem. Dopadłem go zaszokowanego, nie był w stanie się bronić.
- Solski! Pułkowniku, co wy robicie? Przestańcie mnie szarpać! To rozkaz…
Gdzieżbym myślał słuchać jego rozkazów, czy próśb nawet. Ba! Błaganiem też by mnie nie przekonał. Już nie. Za późno! DOSYĆ jego władzy, dosyć państwa policyjnego. Pora by światem rządziły dobre idee. Idee rewolucjonistów – Dimskiego, Krewicza – przywódców nowego oświecenia. Oto czas wyjścia z mroku ku światłu. Już dosyć…
Szarpnąłem raz jeszcze. Prezydent wyleciał zza biurka i mocno walnął o ziemię. Wyciągnąłem go z gabinetu i rzuciłem na posadzkę śliską i lśniącą od krwi gwardzistów. Prezydentowi przestrzeliłem kolana, by nie uciekł za daleko i wróciłem do gabinetu. Szybę w gablotce wybiłem łokciem, wyciągnąłem z niej piękny, pozłacany egzemplarz Desert Eagle’a z wygrawerowanym napisem “Prezydentowi za zasługi – Rodacy”. Tak, to będzie to – pomyślałem – to doskonale pasuje. Do magazynka wrzuciłem jedną złotą kulę z tej samej gabloty. Leżał na korytarzu tak jak go zostawiłem. Płakał. Łkał jak dziecko, któremu starszy kolega zabrał zabawkę. Gdyby widzieli to rewolucjoniści! Oni dopiero mieli by używanie. Ha! Lecz to ja będę tym, który doprowadzi do śmierci tego szatana i mordercy. To ja wyzwolę lud. To mi podziękują i złożą gratulacje. To mi… dosyć! Koniec myśli, koniec marzeń. Pora brać się do roboty. Leżącego i kwiczącego na podłodze prezydenta obróciłem na plecy. Stanąłem nad nim. Wycelowałem między oczy…
- Giń sukinsynu…
Wystrzał na chwilę mnie ogłuszył. Mózg pobrudził mi nogawki szarego munduru. Złapałem martwe ciało prezydenta za włosy i zacząłem ciągnąć do głównych drzwi. Wokoło słyszałem strzały, jęki i krzyki. Rewolucja! Wykorzystali okazję! Gdy otwierałem drzwi frontowe zabrzmiał ostatni huk. Brudna i zmęczona banda rewolucjonistów szła w moją stronę. Rzuciłem zwłoki na schody, uniosłem broń w górę. Okrzyk radości wyrwał się z gardeł setki ludzi. Do mnie podeszło dwóch z nich. Dimski i Krewicz. Brudni od krwi, kurzu i potu uśmiechnęli się i uścisnęli mi ręce. Krewicz wszedł do pałacu. Wtedy Dimski powiedział mi:
- Gratuluję. Gratuluję panie Solski. Udało się panu to, o czym ta banda na dole marzyła od kilku lat. Gratulacje. Chciałbym panu podziękować za krótką, lecz jak owocną współpracę. Szkoda, że nie ma ona szans na przyszłość.
- Dlaczego pan tak uważ… – chciałem odpowiedzieć, lecz potężne uderzenie w brzuch, niedźwiedzią łapą Dimskiego powaliło mnie na kolana. Poczułem zimny dotyk na potylicy. Za sobą usłyszałem bezlitosny, metalowy odgłos ładowanej broni i równie zimny głos Krewicza:
- Dobranoc panie pułkowniku!
Wystrzału już nie słyszałem…