Bo czasem tak bywa, że coś się zmienia. A zmienić się może naprawdę wszystko.
Ale historia lubi się powtarzać, status quo powraca, a my znów jesteśmy na lodzie.
Chociaż inna sytuacja, skutek jak zawsze ten sam…
Od jakiegoś czasu nie byłem sobą.
Tym dawnym, którego znałem, i który był dla mnie wygodny.
A teraz sam nie chcę jego powrotu.
Czwarty dzień
Nocny – Fajki – Piwo
Nuta
Ona
Już druga w nocy
Jutro koniec…
(…)
Happiness was there awhile
And from me it… it slipped one day
Happiness come back I say!
I na koniec:
Stanął przed nią. Stanął z szeroko rozpostartymi ramionami.
Stał bezbronny jak niemowlę, a przepełniał go strach.
- Strzelaj – powiedział.
Stali długo.
Stali długo, wśród ciemnej nocy, z rzadka rozjaśnionej słabym światłem latarni. Chciał powiedzieć jej wszystko.
Gdyby tylko udało się uronić choć słowo, sylabę chociaż.
Wtedy zacząłby mówić. Mówił by długo. O tym jak kocha ją gdy się złości i śmieje, gdy żartuje, gdy jest poważna, jak kocha ją gdy śpi lub pali cienkiego, długiego papierosa. Mówiłby jak uwielbia sposób w jaki wypuszcza dym lub uśmiecha się, gdy ją łaskocze. Rozprawiałby o tym, jak trudno mu było uświadomić sobie tą miłość i o tym o ile trudniej będzie wypuścić ją ze ścierpniętych, drżących ramion. Kląłby na siebie i cały świat, na młodość, na deszcze i niespełnienie. Wykrzyczałby – jakby do samego siebie – całą złość jaką kiedykolwiek czuł. Mówiłby długo, do świtu lub dłużej, lecz na końcu uśmiechnąłby się świadom tego co czuje. Pocałowałby ją, zapalił papierosa i zamilkł.
Ale milczał cały czas. Ciszy jesiennej nocy nie zakłócił żaden dźwięk. Stali tak chwilę, która wydała się wiecznością, aż poczuł pierwsze krople deszczu na twarzy. Spojrzał raz jeszcze w niebo pełne gwiazd, zamknął oczy i westchnął ciężko.
A ona strzeliła…
18.11.09
… Taka moja spowiedź.